wtorek, 20 listopada 2018

Triglav oraz Korsyka 2018 - Dzień 16

Dzień 16 - 29.09.2018   Serriera - Girolata

Wyspaliśmy się spokojnie, rano przygotowaliśmy sobie śniadanie z przepysznymi małymi pomidorkami znalezionymi nieopodal w czyimś nieco zdziczałym ogródku.
Wróciliśmy się do wsi, znów mijaliśmy kafejkę gdzie wczoraj piliśmy zimną Pietrę, mimo wczesnej pory pełna była miejscowych popijających poranną kawę. Zaszliśmy jeszcze do sklepiku po pieczywo i butelkę wina za 4 e.
Kontynuowaliśmy wędrówkę szlakiem w kierunku Curzu, z tym, że koło Patrimonio był drogowskaz, że miejscowość jest 5 min drogi od szlaku, świadomie zeszliśmy ze szlaku i poszliśmy do Patrimonio, miejscowość wyglądała jak wymarła, nie było nawet otwartego sklepu.
Dalej do Curzu, które było już widoczne doszliśmy asfaltem i dalej do Osani również asfaltem, Osani sprawiało wrażenie jeszcze bardziej opustoszałej miejscowości, nawet źródełko w centrum miejscowości było nieczynne, dalej na przełaj doszliśmy do jakiejś drogi na grzbiecie Bocca a Croce, z niej szła inna droga, wyglądająca dość porządnie w dół, w kierunku wybrzeża, poszliśmy tamtędy, na samym dole był spory parking z wieloma autami, zagadkowa sprawa, niektóre wyglądały tak, że chyba stały tam od wielu lat, inne wyglądały na świeżo pozostawione. Od parkingu szedł żółto znakowany szlak do Girolaty, ścieżka wśród krzewów. Droga strasznie się dłużyła choć nie było wcale tak daleko, kiedy już wydawało nam się, że kolejna zatoczka to będzie ta przy, której jest Girolata to okazywało się, że to znów jakaś inna mniejsza zatoczka przed Girolatą, przy jednej z nich była piękna plaża, było pusto, na falach kołysał się tylko jeden luksusowy jacht, wymarzone miejsce aby zostać na noc, mieliśmy tylko jeden problem, skończyła nam się woda, a w pobliżu nie widać było ani na mapach ani w rzeczywistości szansy zdobycia wody pitnej. Żałowałam, że nie zapukałam do któregoś z domu w Osani, ostatniej miejscowości, którą mijaliśmy, i nie poprosiłam o napełnienie butelek. Wykąpaliśmy się w morzu i poszliśmy dalej do Girolaty.
Girolata jest przepiękną, malowniczą wioską bardzo specyficzną, nie ma do niej żadnej porządnej drogi, da się dojechać jedynie kładem, przyjść pieszo lu dopłynąć drogą wodną. We wsi nie ma też wody bieżącej. Na szczęście był mały sklepik, gdzie można kupić wodę butelkowaną, pieczywo oraz najpotrzebniejsze produkty.
W Girolacie jest też Gite d'Etape, pięknie położona przy samej plaży, ale ceny są bardziej hotelowe niż schroniskowe, nie na nasz budżet. Postanowiliśmy więc rozbić się na dziko, wyszliśmy na pagórek za miejscowością, nocleg był całkiem całkiem gdyby nie łażące w pobliżu całą noc świnie.





































poniedziałek, 12 listopada 2018

Triglav oraz Korsyka 2018 - Dzień 15

Dzień 15 - 28.09.2018   Porto - Ota - Serriera

Rano wyspani, oprani, odpoczęci zwinęliśmy nasz biwak, zrobiliśmy zakupy w markecie i ruszyliśmy asfaltem do Oty gdzie byliśmy przedwczoraj aby wrócić na szlak i pokonać kolejny etap Tra Mare e Monti czyli dojść do Serriery.
Dojść do Serriery nawet nam się udało ale był to dzień w którym pech nas nie opuszczał, a Tre Senores - góra widoczna prawie przez cały dzień zdawała śmiać się z nas.
Był uciążliwy upał, było gorąco i parno, droga pod górę męczyła, w miarę sprawnie doszliśmy do Oty, gdzie zrobiliśmy sobie krótki odpoczynek w cieniu przy źródełku w miejscowości, nabraliśmy wody w butelki na drogę i po dłuższej chwili ruszyliśmy dalej. Szlak prowadził dalej pod górę, nieopodal ścieżki rosła okazała opuncja z licznymi czerwonymi owocami, co za diabeł nas podkusił spróbować tego, owszem owoce są smaczne, smak podobny do arbuza ale nie tak wodnisty, owoc jest słodszy i bardziej mięsisty, ale te maleńkie igiełki, o grubości mniejszej od włosa, poprzyczepiały się do palców, powbijały wszędzie i nie sposób ich było wyjąć bo były praktycznie niewidoczne, odczuwalne było tylko denerwujące swędzenie. Tak, że ogólnie opuncji dotykać nie polecam, chyba, że macie jakieś sposoby na te igiełki.
Dalsza część szlaku nadal prowadzi pod górę, szliśmy mozolnie, pocąc się i rozcierając swędzące od opuncji ręce, szlak idzie w większości wśród krzewów makii, jest jednak kilka spektakularnych punktów widokowych. W końcu dochodzimy do źródła, zaraz za którym rozciąga się płaskowyż Pedua, tam wreszcie zamiast stromego podchodzenia pod górę płaska ścieżka, prawie droga i chyba tak zadowoleni z tej prostej ścieżki gdzieś w okolicy Capu San Petru nie zauważyliśmy odbicia na dalszą część szlaku, zaszliśmy tą drogą o wiele za daleko, zanim się zorientowaliśmy, że opuściliśmy szlak zeszliśmy już drogą cały kawał w dół, nie chciało nam się wracać już pod górę aby odnaleźć zgubiony szlak, droga zdawała się schodzić do asfaltu idącego od Porto w kierunku Patrimonio i Curzu. Trudno postanowiliśmy kontynuować wędrówkę tą drogą, droga była tak stroma, że trudno było iść nią pieszo, a o dziwo były na niej ślady kół, musiał być to jakiś kład, chociaż naprawdę trudno mi było sobie wyobrazić na tej drodze jakikolwiek pojazd kołowy.
W końcu doszliśmy do asfaltu, kontynuowaliśmy wędrówkę nim az doszliśmy do miejsca gdzie odchodzi jedna droga do Serriery, druga w dół do plaży Bussaglia.
Poszliśmy do Serriery, mała, spokojna wioska, jest malutki sklepik, asortyment naprawdę skromny, ale można kupić najpotrzebniejsze artykuły. Było już późne popołudnie, trzeba było szukać miejsca na nocleg, zaczęliśmy kierować się w dół w kierunku rzeki, po drodze trafiliśmy na knajpkę, gdzie przysiedliśmy na chwilę, zamówiliśmy po jednej małej Pietrze (3e), była cudownie zimna.
Jedno co nam się w tym dniu pięknie udało to nocleg, zeszliśmy do rzeki, była tam kładka na druga stronę, a po drugiej stronie wprost wymarzona polanka na biwak, nieopodal strumień z wydrążonymi w skałach basenikami do kąpieli, w których woda wcale nie była zimna.
Rozbiliśmy namiot, zjedliśmy kolację, wykąpaliśmy się w strumyku, spokojnie poszliśmy spać.